Ostatnio się zastanawiałam, skąd mieliśmy piwo, bo piwo było zawsze, a pieniędzy właściwie nie było. Obóz studencki tuż po “transformacji”, a właściwie w trakcie. Nie było plastiku ani bankomatów. Ba! W pobliżu nie było nawet sklepu z alkoholem. Przyjaciółka, której tam też nie było, bo nosiła jeszcze wtedy pampersy (których chyba też jeszcze nie było…) podpowiedziała mi, że pewnie piwo było w domku prezesa, kupowane hurtowo za klubowe pieniędze. I pewnie tak było. Było nie było AZS.
Na tzw. zerowym roku, czyli w najdłuższe wakacje w życiu, podano mi dwie pigułki: obóz Ruchu Młodej Polski i AZS-u. Na przekór sobie, choć bynajmniej nie z obojętności dla Młodej Polski, wybrałam AZS. Na przekór, bo z wuefu najbardziej lubiłam gimnastykę i w porywach koszykówkę. Tę ostatnią zwłaszcza wtedy, gdy pozostałe zawodniczki miały krótkie paznokcie, co się wówczas nie zadarzało. Trzeba było nosić mundurki, nie można było nosić makijażu, więc nosiło się długie, piłowane paznokcie, bo tipsów wtedy nie było. Przynajmniej na prowincji. A pazury łamią się straszliwie, gdy się gra w kosza. Czasem na piłce, częściej na twarzy przeciwniczki albo koleżanki z własnej drużyny.
Wybrałam sport i nie żałowałam. Prawdą jest, że nigdy w życiu tyle nie wypiłam, ile w ciągu tych dwóch tygodni. Piwo dla dziewczyn było za darmo, z pobudek trywialnych i behawioralnych. Większość z nas nie miała żadnego sportowego zacięcia. Chłopcy za to tak. Oj, tak. Koszykarze przede wszystkim. Piłkarze to był ludek raczej krępy i niski, a koszykarze – rosły i dorodny. I po większej części urodny. Dlatego też dziewczynom wszystkich sekcji najbardziej wychodziło kibicowanie koszykarzom. Brało się piwo, siadało na trawie, patrzyło i biło brawo, dzieląc się obserwacjami na temat cech charakterologicznych i anatomicznych poszczególnych zawodników. Oczywiście nas też oglądano w czasie czynności sportowych, ale to było jakby naturalne, bo na kobietę zawsze się patrzy. Prawdą jest, że oglądaliśmy się nawzajem. Czasem z bliska, a czasem tylko z daleka. Jak los dał.
Nie mam tu zamiaru inkrustować mel– i fimel– gejzami i innymi politykami włajeryzmów przez dżender całkowanych i różniczkowanych. Było bardzo płciowo, bywało nierówno w obie strony, ale było specyficznie kulturowo i społecznie dla tego miejsca, czasu, grupy, lasu, jeziora i boiska. Takie terenowe ćwieczenia z różnicy płci w dobie transformacji w puszczach zachodniej Polski.
A później wróciliśmy do Wielkiego Miasta i wleźliśmy w role. Nadal się piło, tyle że w klubie. Też nie pamiętam skąd były pieniądze na alkohol, skoro nie było na nic innego poza papierosami… Ale alkohol był zawsze. Kiedy chłopcom kończyła się kasa to sprzedawali butelki, których złogi zalegały skrzynie w dwóch klubowych tapczanach. Tapczany to były najważniejsze meble w klubie, nie tylko z powodu ukrytych rezerw finansowych. Oficjalnym celem tapczanów było dostarczenie siedzeń do posiedzeń, ale służyły one także innym celom sportowo-rekreacyjnym, a czasem nawet romantycznym, znacznie bardziej ekscytującym niż przyszłość kubowych sekcji. Generalnie AZS nie był intelektualny, choć bywał bardzo dowcipny, a w porywach nawet błyskotliwy. Promował kulturę fizyczną, co się rozumiał samo przez się. To w klubie wielu z nas zobaczyło po raz pierwszy stringi i to na takich pupach, że niech się silikonowe pośladki dzisiejszych celebrytek schowają.
Tymczasem jesień zasnuła leśność, a nas zagarnęła lesistość lasów w średniowieczu. Wróciły role cywilizowane. Spacery, kina, kawiarenki, róże, tomiki poezji z dedykacjami, piosenki dedykowane, liściki pisane po północy, podrzucane, wciskane, zmięte, bo przecież e-maili także nie było! Fizyczność się wysublimowała na zimę, choć oczywiście nie do końca…
Pozostały piece.